
Mając inne plany na rok 2011, niestety pokrzyżowane przez felerny majowy wypadek rowerowy, dzwoni do mnie Krzyś (czyt. Granitowy Kuglarz :)) z propozycją wyjazdu na Grossglockner. Pewnie nie zainteresował bym się tym zupełnie, gdyby nie to, że plan polegał na wejściu na Grosa granią Studlgrat. Grań ta jest dość popularna w tym masywie, aczkolwiek trudna technicznie (IV w skali UIAA). Co za tym idzie: więcej powietrza pod nogami,dużo bardziej wymagająca niż droga klasyczna, mniej ludzi na grani, żadnych przepychanek i innych podobnych :) Po prostu czyste wspinanie na sporej wysokości bez hołoty dookoła :).
Jadąc 13go sierpnia z Żywca w stronę Kals am Grossglockner w składzie Krzysiek, Paweł, Tomek i ja, droga mija dosyć przyjemnie. Podziwiamy minn autostrady jakich nie mamy i raczej nigdy mieć nie będziemy w naszym "kochanym" kraju :) Jednak nie o dojeździe i innych podobnych bzdurach tu mowa...

Drogę robimy w dwóch zespołach: jako pierwszy zespół idą Paweł z Krzychem, bo jako jedyni mają topo drogi, więc ja z Tomaszem idziemy w drugim zespole depcząc im po piętach. Niestety przyjemność wspinania i sielanka po około 2 godzinach kończy się przez rządnych pieniędzy i poganianych przez czas przewodników austriackich, ciągnących za sobą kilku osobowe grupy klientów na linie. Standardem w Tatrach jest prowadzenie maksymalnie 3 klientów na linie (tzw "lotna trójka- samobójka). W alpach jak się wtedy okazało, jest zupełnie inaczej. Wyminęło nas około 4 zespołów kilku osobowych, nie rzadko składających się z 4/5 osób na jednej linie z przewodnikiem na przodzie. Czyste chamstwo i brak wyobraźni zrobiło na nas bardzo niesmaczne wrażenie. Wymijając nas w trudnych technicznie miejscach i dużej ekspozycji nie stronili od wszelkich sposobów, aby tylko wyprzedzić, nie zważając na nasze bezpieczeństwo :( . Po około 6 godzinach takiej przepychanki na grani meldujemy się na szczycie, upragnione prawie 4000 metrów!


Po kilku godzinach przepychanek i niebezpiecznych sytuacji schodzimy na lodowiec, skąd już spokojnie lecz już mocno wyczerpani schodzimy do Kals, celem ucieczki do Hollental, nie daleko Wiednia, jednego z najpiękniejszych rejonów wspinaczkowych wschodniej Austrii...
